Jak odeszłam z korporacji i natknęłam się na szczęście.

Czekam na budzik. Czekam, aż zacznie się ten pęd, pośpiech w przygotowaniu jedzenia do odgrzania w mikrofali, pośpiech podczas porannych ćwiczeń, presja, aby wyglądać dobrze, znaleźć odpowiedni strój, przyodziać uśmiech i bojowe nastawienie.

Rozglądam się w metrze na ponure i nadąsane twarze nieznajomych. Ludzi, którzy zmierzają do swojego miejsca pracy, gdzie spędzą ponad 8 godzin swojego dnia, niezupełnie podekscytowani tą perspektywą. Nagle ogarnął mnie strach, że wyglądam dokładnie jak oni, zmierzam dokładnie w tym samym kierunku, do korporacyjnej męki.

To był mój pierwszy atak paniki. Poczułam duszności, falę gorąca i nieubłaganą potrzebę wydostania się z pociągu.

Świeże powietrze. Park. Drzewa. Ptaki obwieszczają początek wiosny. Wszyscy dookoła mnie pędzą, nikt nawet nie zauważa życia, które toczy się wokół nas. Być może widzą, słyszą, ale nie chcą dostrzec, zatrzymać się i docenić piękna natury w samym centrum głośnej Warszawy.

Znowu te duszności. Siedzę w sali konferencyjnej. Tępo wlepiam wzrok w ekran, na którym wyświetlana jest prezentacja. Roztrząsamy te same problemy od miesiąca, skupiamy się na tych samych statystykach, kreujemy nowe problemy, które należy rozwiązać. Czuję obojętność. Żaden z tych aspektów nie jest tematem, którym chcę się zajmować.

Na korytarzu mijam kolejnych pracowników z minami goryczy i frustracji. Przy ekspresie do kawy już zrobił się tłok, słyszę głosy narzekania, jakie to życie jest niesprawiedliwe, jaki nawał pracy nas czeka i jaką podwyżkę dostał kierownik innego działu. Tymczasem dookoła słyszę rady: buduj i podtrzymuj relacje ze swoimi współpracownikami, wmieszaj się w ich środowisko. Networking. Brzmi jak zabawa.

Tego wieczoru, złożyłam przysięgę samej sobie: „wybieram harmonię w swoim życiu. Wybieram wolność. Odmawiam udziału w obgadywaniu, plotkowaniu i krytykowaniu innych. Biorę wszelką odpowiedzialność za swoje wybory.

Zbyt długo skupiałam się na niewygodnych aspektach mojego życia, rzeczach, które chciałabym zmienić. Czepiałam się tematów, które sprawiały, że czułam się nie dość dobra, nieszczęśliwa. Skoro takie postępowanie nie przyniosło pożądanych rezultatów, postanowiłam przysposobić nowe nastawienie.

Stopniowo zaczęłam postrzegać Warszawę jako punkt, który nie pasuje na mojej mapie. Nie chciałam koncentrować się na tym, co mi w niej przeszkadza. Postanowiłam być wdzięczna za możliwości, jakie stolica dostarcza mnie oraz innym. Wdzięczna za obraz, jaki przede mną ukazała. Obraz rzeczywistości, w której nie chcę brać udziału i nie muszę. Zaufałam, że znajduję się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Nie miałam wtedy pojęcia, że jest to moje przebudzenie.

Mogę osiągnąć tak wiele. Każdego dnia. Moje postrzeganie świata jest wyłącznie uwarunkowane moimi myślami. Mam zdolność kontrolowania tego, jak reaguję na wydarzenia w moim życiu, ludzi dookoła mnie. Skoro wiem, czego nie chcę, pozostaje to w mojej mocy, aby zaprojektować rzeczywistość, jakiej chcę doświadczać. Wraz ze zmianą perspektywy, moje życie zaczęło się zmieniać.

Zrobiłam miejsce na nowe. Pogodziłam się ze swoim „tu i teraz”. Mówiąc szczerze, nie okazało się to trudne, ponieważ wraz ze zmianą mojego nastawienia, nieprzyjemne sytuacje zdawały się rozpływać. Zaczęłam świadomie i z uwagą obserwować swoje myśli. Dosłownie wytrenowałam swój umysł jak mięsień do dostrzegania pozytywnych aspektów. Nigdzie już się nie spieszyłam. W miejsce niepokoju pojawiło się zaufanie.

Moje priorytety uległy zmianie. Zaczęłam stawiać siebie, moje potrzeby, mój komfort na piedestale. Zdałam sobie sprawę, że jest to urocze, aby spędzać czas ze sobą, zamiast uczestniczyć w spotkaniach, na które nie mam ochoty. Od tamtej pory byłam zdeterminowana, aby otaczać się osobami, które mnie inspirują i dają więcej energii. Jak możecie się spodziewać, wiele z moich dotychczasowych związków zaczęło się rozpadać i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Odnowiłam relacje z dawnymi znajomymi, zaprosiłam nowe osoby do mojego życia. Ludzie zawsze dopasują się do twoich wibracji.

W moim życiu rozkwitł ten szczególny dla mnie związek, moja relacja ze sobą samą. Joga oraz medytacja stały się nieodłączną częścią mojego dnia. Zmieniłam swój styl jedzenia, wybierając świeże produkty, które mnie odżywiają i dostarczają ogromnej dawki energii. Pojęłam, że chcę czynić dobro i reprezentować je na każdym poziomie mojego życia, świadomie oddając czas oraz uwagę temu, co sprawia, że ja czuję się dobrze. Rozwinęłam nowe zainteresowania. Podróżowałam do nowych miejsc. Życie nabrało przejrzystości. Brzmi tak banalnie, prawda? Jak często o tych banałach zapominamy w pędzie dnia codziennego, w pogoni za dobrobytem, uznaniem i akceptacją ze strony innych. Ja nie potrzebowałam już niczyjej walidacji. Odkopałam tą najważniejszą, własną.

Nadrzędnym tematem mojego życia stały się miłość i docenienie. Wdzięczność potrafi odmienić życie każdego człowieka, jako że wszystko sprowadza się do zmiany perspektywy. Zamiast ograniczać się pytaniem: dlaczego to przydarza się właśnie mnie?, wystarczy przeobrazić je w zdanie: czego ta sytuacja pragnie mnie nauczyć? Głęboko wierzę, że każde doświadczenie jest dla nas, nigdy przeciwko.

Przestałam być samolubna, choć stałam się egoistką strzegącą własnej energii. Dawniej byłam zawzięta w swoich poglądach, teraz stałam się tolerancyjna i nauczyłam się akceptować to, co jest i w jakiej postaci to otrzymuję. Pokochałam osobę, jaką się stałam i kibicowałam jej z całego serca. Kiedy tylko wykluczyłam toksyczne relacje z mojego życia (chwała pracy zdalnej), znalazłam w sobie więcej energii, stałam się lepiej zorganizowana i efektywna w każdej dziedzinie mojego życia.

Jednak wątpliwości powracały: „Czy to dziwne, że mam inne pragnienia od otaczających mnie osób? Czuję, jak bardzo nie pasuję do tego środowiska pracy. Nie czuję potrzeby, aby komukolwiek udowadniać swoją wartość. Nie potrzebuję przelotnych rozmów, fałszywych uśmiechów na korytarzu”.

Czułam presję, będąc osobą młodą, pełną energii, aby korzystać z możliwości, jakie niesie ze sobą duże miasto. Czułam presję, aby uczestniczyć w wyścigu szczurów, kupić mieszkanie, bawić się na wieczornych imprezach, zarywać noce i pracować po godzinach. Ponieważ wszyscy tak robią.

Tyle że ja nie lubię tych wszystkich. Szukam prawdy, miłości, prostej radości z życia. Teraz tak trudno o te wartości. Pieniądze zdaje się mieć każdy. Towarem deficytowym stały się autentyczność, zaufanie, spokój i prostota.

Długo zajęło mi zrozumienie tej banalnej prawdy: stan mojego szczęścia jest uwarunkowany wyłącznie moim wyborem. Nie zależy on od okoliczności zewnętrznych. Szczęście wzrasta wprost proporcjonalnie do tego, jak ja postrzegam świat, wydarzenia wokół mnie. Celebruję najmniejsze momenty. Celebruję życie. To ja wybieram swoją drogę, ten szlak mniej wydeptany. I jestem z siebie dumna niczym Robert Frost z wyboru drogi mniej uczęszczanej. Pragnę podziwiać dziewicze widoki, spisywać nowe opowieści, a przede wszystkim być prawdziwa. Bez powielania. Bez kopiowania. Przecież stajemy się najbardziej efektywni, kiedy jesteśmy autentyczni, w pełni sobą.

Nie zawsze mam jasno określony cel. Nie zawsze wiem, co czeka mnie na końcu drogi. Tak jest z nowymi szlakami, ekscytującymi zmianami, innowacyjnymi przedsięwzięciami. I tak bardzo dobrze mi z tym. Poddaję się biegowi życia.

Przez lata wpajałam sobie, że dążę do komfortu, stabilizacji i wygody, ale ja wcale nie dążę! Wszystko, czego potrzebuję od zawsze noszę w sobie. Jestem wolna w dokonywaniu wyborów co do własnej profesji i miejsca pracy. Wolna w ubiorze i wyglądzie. Wolna od przymusu podobania się innym. Wszystko zaczyna się w nas.

Skoro szanuję siebie, demonstruję to poprzez moje wybory.

Skoro ufam swojej intuicji, pokazuję to poprzez moje słowa i czyny.

Skoro wierzę w swój potencjał, stopniowo i konsekwentnie podejmuję kroki w pożądanym kierunku. To ja decyduję, którą drogę wybieram i dostarcza mi to wolności oraz spełnienia.

Różnorodność doświadczeń jest niezbędna do wykreowania w nas preferencji, w których kierunku pragniemy dążyć oraz tworzyć. Dzięki wyborom, które dokonałam, błędom, które osiągnęłam, miejscom, które odkryłam, moje marzenia ukształtowały osobę, którą jestem dzisiaj. Skróty nie istnieją. Gdyby nie moja podróż, nie doceniłabym tego gdzie znajduję się teraz. Tępo mojego życia zagłuszyło moją prawdziwą naturę, ale to również to tempo pomogło mi ją odnaleźć.

To, kim byłam, do czego dążyłam, zostawiam w tyle, lecz akceptuję w pełni. Wyedukowałam tę młodą dziewczynę, wyciszyłam ją i pozwoliłam jej wsłuchać się w głąb siebie. Mniej powierzchowności, mniej błyskotek, mniej iluzji. Dusza nie widzi reklam, sztucznie wywoływanych zachcianek, przepychu w mediach społecznościowych. Dusza widzi to, co prawdziwe, zachwyca się wschodem słońca, śpiewem ptaków, tańczącymi na wietrze liśćmi i rozgwieżdżonym niebem.

Zabawne. Pomimo całego zawirowania, jakie odczułam z powodu wyprowadzki z Warszawy, porzucenia dochodowej pracy, niezrozumienia ze strony rówieśników czy członków rodziny, doznałam błogiego spokoju, jakiego nigdy przedtem nie odczuwałam. Jestem promienna i pewna siebie jak nigdy przedtem. Takiego blasku nie zapewnią żadne pieniądze ani zabiegi na tym świecie. Ten blask wywodzi się z wewnątrz.

Rozwój osobisty jest nieskończony. Przebudzenie się na sprzeczności, jakie rządzą tym światem, poznanie prawdziwego siebie i nieustanny wzrost stanowią niekwestionowanym powołanie każdej istoty ludzkiej.

Pamiętam dzień, w którym złożyłam wypowiedzenie. Wracałam do domu tym samym metrem, co przez minione lata. Tym razem ludzie wydawali mi się zupełnie inni. Wszystko stało się takie proste, lekkie. Nie przerażało mnie to, co nadchodzi, bo w głębi moja dusza śpiewała: „To, co nadchodzi, musi być tylko lepsze, niż to, co zostawiam za sobą”.

Życie niesie dla nas tyle mądrości. Co z początku możemy odbierać jako przeszkody, tak naprawdę kryje w sobie kierunek do rozwoju. Dziękuję za wszelkie trudne doświadczenia pod postacią niejednokrotnie złamanego serca, fałszywych przyjaciół, wyzwań w karierze i nauce. Nie zamieniłabym ani jednego wydarzenia w moim życiu, nie uniknęłabym ani jednego rozczarowania. Wszystko to uformowało mnie w osobę, jaką jestem dzisiaj, doprowadziło mnie do tego konkretnego stanu myśli i postrzegania otaczającego mnie świata.

Spotkałam się z liczną krytyką ze strony swoich członków rodziny, przyjaciół czy współpracowników w związku z moją decyzją. Wiele jej nie rozumie i nie są w żadnym obowiązku do tego. Ja nie jestem upoważniona, aby się tym przejmować. Oczywiście postawę tą musiałam w sobie wypracować, co kosztowało mnie wiele wątpliwości, zapisanych stron, łez oraz złości na samą siebie za brak zdecydowania. Nie musimy godzić się na oczekiwania innych. Nie musimy żyć wobec reguł nam narzuconych. Twórzmy swoje reguły bez wyrządzania krzywdy innym, ale tak, abyśmy to my zawsze i wszędzie czuli się spełnieni.

Pojęłam, że sukces to nie cel sam w sobie. Sukces to proces, w którym się znajduję. Nie chodzi o punkt dotarcia czy posiadanie czegokolwiek. Sukcesem jest przeświadczenie, że to, co robię, wnosi pozytywną energię do mojego życia oraz innych dookoła. Bardzo rzadko potrafimy przyznać się do błędu. Pragniemy żyć w przeświadczeniu, że to, co znamy jest absolutną prawdą i ostatecznym stanem rzeczy. Trudno nam zaakceptować nieznane. A kiedy stajemy w obliczu niemocy, czujemy nastrajający w nas bunt wobec tego co jest, upadamy, mamy dość. Dokładnie wtedy znajdujemy w sobie wystarczająco dużo siły, aby zawalczyć o nasze marzenia. Zaakceptujmy fakt, że istnieją różnorodne religie, odmienne poglądy, unikatowe ścieżki i wybory, których tak naprawdę łączy to, co stałe – zmiana.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: